Październikowe myśli

“Trzeba zmierzać zarazem do tego, co najdalsze, i tego, co najbliższe nas samych,
rzucić cumy, które łączą nas ze światem, i ciągnąć je za sobą po wodzie.
Wówczas uwalniamy się od wszelkich wpływów i lecimy nad światem niesieni nowym wiatrem.”
Graff Laurent

Podobno dziś jest ostatni dzień złotej jesieni. I rzeczywiście, za oknem słońce cieszy swą obecnością. Rozszalałe, w pełnej krasie, leniwie toczy się po nieboskłonie. 

Wczoraj pokonałam kilka demonów – lęku, niepewności, niepokoju… 

Co prawda stało się to zupełnym przypadkiem, ale jednak.

Byliśmy z Wegą w lecznicy u weterynarza. Wyszłam z nią szybciej do auta, bo korytarz pełen ludzi i zwierzaków, więc mąż został, by uiścić zapłatę za wizytę.
Wyszłam w ciemność ociekającego deszczem wieczoru na mały parking, a tam – zamęt!
Tłok, ścisk, nasz samochód zastawiony.
Szybkie rozpoznanie i objawił się właściciel.

“Pani chce wyjechać?
Tak.
To proszę, ja podjadę w przód kawałek, pani wyjedzie, a ja sobie zaparkuję na pani miejscu.”

Asertywność mi nie wyszła, że mąż przyjdzie i wyjedzie, kłamstwo, że nie mam prawa jazdy – też nie.
Wsiadłam do auta, wyjechałam i już nie mając wyboru, przejechałam później przez cały Szczecin do domu.

Ja, niegdysiejszy admirator prowadzenia samochodu, dla którego jazda była sposobem na odreagowanie stresu.
Po służbie potrafiłam nocami włóczyć się po Szczecinie i okolicach bliższych lub dalszych, żeby wyrzucić z siebie złe emocje, które oblepiały mnie po wyjściu z komisariatu.

Prowadzenie samochodu było wtenczas najlepszą terapią, dając mi niesamowite poczucie wolności.

Ponad 500 km nocą? Żaden problem. Sama radość!

Od trzech lat wsiadam za kierownicę raz na pół roku.
Nie mogę obłaskawić nowego samochodu. Przeraża mnie ilość elektroniki, dziesiątki przeróżnych funkcji, multum przycisków, zatrzęsienie przełączników…

Otchłań nowoczesności!

Przestałam być kierowcą. Stałam się wygodnym pasażerem.

Po latach powrotu do wielkiego miasta, które znam przecież dobrze, po którym przemierzyłam tysiące kilometrów, nie byłam od roku w stanie przejechać się do centrum.
Wybierając zawsze tramwaj, uzasadniałam to ekologicznym podejściem do życia, brakiem trudności ze znalezieniem w centrum miejsca parkingowego i ekonomią – bilet jest tańszy niż paliwo plus eksploatacja samochodu i mogłabym pewnie jeszcze znaleźć jakieś plusy, ale tak naprawdę, sama myśl o wbiciu się w strumień aut chwytała skurczem lęku w gardle. 

W samotności dziwiłam się sama sobie, obiecując , że MUSZĘ wreszcie ruszyć się i po prostu pojechać.
Nic z tego.
Zawsze była jakaś wymówka.

Czułam się, jakbym była oddzielona od dawnej namiętności szybą z pancernego szkła, której nie można stłuc.

Wiedziałam, że jeśli zostanę zmuszona przez okoliczności, to sobie poradzę, ale dopóki przymus nie zaistniał, nie było mowy o dobrowolnym prowadzeniu.

Po wczorajszym przełamaniu bariery lęku poczułam się, jakbym przekroczyła magiczną granicę.

Pojechałam więc dziś, w piękny jesienny słoneczny dzień do centrum handlowego, żeby w spokoju kupić w drogerii szampon.

Przeszłam się do księgarni.
Znalazłam wśród nowości książkę Jarosława Kamińskiego „Psy pożrą ciało Jezebel”, której recenzję niedawno zamieściły wspaniałe Dziewczyny – Edyta Niewińska i Małgosia Żebrowska – duet doskonały i którą po ich rekomendacji wpisałam na listę lektur.

Wyszłam powoli na zalany słońcem parking. Przedpołudnie, mało ludzi. Cudownie!

Nie zwracając uwagi na ból stawów, szłam rozkoszując się ciepłem.
I przeczytałam wtedy piękną wiadomość od bliskiej mi Duszy.
I zaszkliły mi się ze wzruszenia oczy, bo napisała o mnie tak serdecznie i ciepło.
I poczułam, że jestem tu i teraz.
Że jestem szczęśliwa…

Katisha

Related Post

4 Replies to “Październikowe myśli”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *