Alfabet zen. A jak alchemia

Alfabet zen – subiektywna kartoteka osobistych kluczy,
otwierających mój prywatny skarbiec do pustki zen,
układana ze słów, dzięki którym podążam ścieżką wyzwolonej świadomości.

                      źródło zdjęcia: pixabay.com/sajfolio

Przeszłość: Laboratorium melancholii

Kiedyś nie wierzyłam, że kamień filozoficzny istnieje.

Drzwi z tabliczką „życie” były hermetycznie zamknięte przed szczęściem. Za nimi mieściło się laboratorium, sprawiające wrażenie opustoszałego. Poniewierały się w nim rozsypane niedbale probówki i retorty. W kącie tkwił zakurzony alembik. Biurety nawarstwiły wewnątrz osady smutku, zwątpienia i rozpaczy, a zepsute dygestorium pozwalało truciznom, sączącym się z porzuconych kolb, zasnuwać powietrze toksycznymi oparami.

Próbowałam uprzątnąć trudne emocje, ból, traumy. Chciałam wyciągnąć je oczyszczone i niezbrukane z autoklawu, ale sterylizator wciąż wyświetlał komunikat „error”.

W zapomnianych szufladach przerzucałam stosy zdezaktualizowanych notatek, sięgałam po zakurzone księgi, wertując ich sztywne karty w nadziei na odkrycie remedium na udrękę życia.

I wciąż tkwiłam w zamknięciu, szczelnie odgrodzona od świata, aż wreszcie zmęczona bezowocnym trwaniem, postanowiłam zatrzasnąć za sobą drzwi do laboratorium. 

Otworzyłam je na oścież, by ulotnić się cicho i dyskretnie. 

Uderzyło mnie oślepiające światło słońca, a świeży powiew wiatru i delikatna bryza wypolerowały do błysku salę, skażoną przez lata depresją i bólem.

Oczyszczony z pokładów smutku umysł dotarł wreszcie do ścieżki oświecenia.

***

„Przeszłość na zawsze przeminęła,
przyszłość jest tylko marzeniem,
istnieje jedynie teraźniejszość.”
Henri Brunel

***

                      źródło zdjęcia: pixabay.com/angelorosa

Teraźniejszość. Kraina alchemii

Dziś opiekuję się starannie swym laboratorium. Rozważnie dodaję do tygla składniki, mieszkam okruchy, dosypuję drobiny, rozdrabniam skrawki.

Otwieram z namaszczeniem puzderka i szkatułki, miksuję molekuły, przyprawiam wywary szczyptą radości i cząstkami dobroci. 

Na koniec sięgam do niepozornego słoiczka, by oprószyć swą miksturę pyłem kamienia filozoficznego.

Czymże jest ta tajemnicza ingrediencja, której kwark zaledwie wystarcza, by zamienić szare drobiny codzienności w piękne życie, a której nie można kupić za żadną cenę?

To eliksir, który musimy wyczarować sami, często pokonując najeżoną przeciwnościami losu ścieżkę, lecz czas poświęcony na jego stworzenie nigdy nie jest straconym.

Moja tynktura to zanurzone w olejach wonne zioła, komponowane mieszanki olejków, pachnące pudry i układana starannie lista składników na wodę lawendową i Larendogrę.

To delektowanie się niespieszną lekturą książek niosących dobrą energię.

To prostota i zanurzanie się w chwili obecnej.

To spokojna akceptacja siebie i zaufanie swej intuicji.

To celebrowanie wieczornych rytuałów pielęgnacyjnych, które od czasu mojego powrotu w sferę aromaterapii stały się cudownym uwieńczeniem dnia.

To przechadzka w letnie południe cichą uliczką w sercu Zdrojów, zacienioną szeregami okazałych drzew i upajanie się wonią kwitnących lip (przedwojenna nazwa obecnej ulicy Stefana Jaracza to Lindenstraße, czyli ulica Lipowa).

To zachwycanie się aromatem kawy wypitej późnym wieczorem na kawiarnianym tarasie opodal mariny, z której ciągnie orzeźwiająca bryza i gdzie na tle zachodzącego słońca rysują się maszty cumujących jachtów.

To odkrywanie bogactwa dziko rosnących roślin, podziwianie ogromnej kuli czerwonego złota skrywającej się za horyzont i słuchanie śpiewu ptaków podczas spaceru z Wegą. 

To wieczorna cisza na łące pod lasem, oszałamiający aromat traw, ziół i rozgrzanych letnim słońcem sosnowych igieł – wyśmienity koktajl, którym częstuje mnie przyroda. 

Każdą jego ilość przyjmuję z wdzięcznością i ostrożnie spijam drogocenne krople, by nie uronić żadnej z nich.

Merak*. Mój lapis philosophorum…

Katisha

*Serbskie słowo, które oznacza uczucie jedności z kosmosem, szczęście i poczucie spełnienia, na które składają się codzienne proste i drobne radości.

**źródło obrazka wyróżniającego: pixabay.com

Related Post

10 Replies to “Alfabet zen. A jak alchemia”

  1. Tak jak Ty kiedyś porządkuję swoje laboratorium, mając nadzieję, że osiągnę spokój i szczęście. Tylko czy spokój i szczęście tu na Ziemi są trwałymi uczuciami? W każdym razie szukam w sobie siły, która mi pomoże w przypadku nawrotu niepokoju i smutku.

    1. Aniu, niestety, spokój i szczęście nie są trwałe i wciąż trzeba o nie walczyć. Myślę, że najważniejsza jest umiejętność znajdowania w sobie siły, dzięki której możemy otwierać drzwi do spokoju i szczęścia.I takiej właśnie siły Ci życzę 🙂

  2. Katisha, wyborny ten Twój nowy eliksir, racz się nim już teraz zawsze. Nie ma co wracać do przeszłości, jeśli tam mrok i gęstwina bólu. A przy okazji uraczysz nas, czytających, perełkami słów, które niosą tyle piękna.

    1. Dziękuję, Mag 🙂 Staram się, by do mojego eliksiru nie wpadały już cienie przeszłości, choć czasem, niestety, gdzieś jeszcze się cichaczem wślizgują. Uściski!!!

  3. Znakomity alchemiczny dekokt! 🙂 A woń lip jest tak cudowna, że nawet pędząc z/do pracy trzeba się zatrzymać, by solidnie się nim zaciągnąć… Warte każdej poświęconej temu sekundy!

    1. Dekokt! Cudowne słowo, gdy je wypowiadam, czuję gorzki smak warzonego w tyglu eliksiru 🙂 Lipy są moimi ulubionymi drzewami, a woń ich kwiatów koi i uspakaja.

  4. Cieszę się tym, co odkrywasz w sobie i dla siebie i wciąż Ci zazdroszczę…
    Marzę, by po dojściu do tego momentu, pozostać w nim. U mnie wciąż faluje. Doświadczam szczęścia, a chwilę później pojawia się lęk. Jakby ten stan najprostszej radości nie mógł trwać.
    I tyle słów tu użyłaś, których znaczenie musiałam sobie przypomnieć 🙂

    1. Monika, szczęście nie jest dane na stałe, każdego dnia musimy o nie zabiegać. Też mam chwile gorsze i cięższe, ale mimo wszystko staram się podnosić głowę i pośród chmur szukać choć promienia słonecznego 🙂 Ściskam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *