Alfabet zen. T jak transformacja

t-jak-transformacja

Alfabet zen – subiektywna kartoteka osobistych kluczy,
otwierających mój prywatny skarbiec do pustki zen,
układana ze słów, dzięki którym podążam ścieżką wyzwolonej świadomości.

***

Inspiracją do napisania dzisiejszego tekstu stał się wykład Małgosi Trzaskowskiej o oczyszczaniu przestrzeni i procesie przemian w kontekście rozwoju osobistego.

Wykład można zobaczyć tutaj: wykład

Dziękuję Ci, Kochana!

***

Piątkowe popołudnie. Siedzę w fotelu. Fala chłodnego powietrza zmieszanego z kroplami ulewy wpada do pokoju. Trzymam w ręku szklankę z uwarzonym w mojej alchemicznej krainie dekoktem (dziękuję Ci, Kapitanie MO, za przypomnienie tego fantastycznego określenia) i delektuję się ciszą. Spoglądam na paznokcie u rąk i uświadamiam sobie, jak bardzo różnię się od tej dziewczyny, którą przecież tak niedawno jeszcze byłam.

Życie jest zmienne, to truizm, ale ja byłam święcie przekonana, że do końca życia będę nosić na długich paznokciach czerwień, śliwkę lub burgund, że zawsze będę zakładać szpilki i starannie upinać kok albo układać włosy w inną fryzurę. I byłam pewna stuprocentowo, że wykreskowane idealnie oko z rozczesanymi wytuszowanymi rzęsami będzie mi towarzyszyć po grób.

Pamiętam, jak dwa dni po ciężkiej operacji malowałam w szpitalu paznokcie…

Co dziś zostało z moich pewników?

Idealnie okrągłe zero. Null.

Złoszczę się na błyskawicznie rosnące paznokcie, bo gdy tylko odrobinę urosną, bezlitośnie je skracam. Kolory? Najczęściej nude lub żaden. Oczy? Tusz do rzęs wyłącznie okazjonalnie. Fryzura? Koński ogon albo zwinięty węzeł. I naturalny kolor włosów, które srebrzą się coraz bardziej. Kocham je za to, bo wszyscy fryzjerzy, którzy mieli okazję je oglądać, nie mogli się nadziwić, że to moje prawdziwe. Idealny balejaż, ale wykonany przez naturę. A od jednego nawet usłyszałam, że to prawdziwy kunszt, artyzm itede i żebym, broń Boże, nie farbowała…

Nie, nie zamierzam. Miałam już na włosach każdy możliwy kolor.

Dziś, po mojej metamorfozie, czuję się wspaniale w swoim własnym.

Ale co ma sprzątanie do paznokci i włosów?

Otóż ma i to bardzo. Bo początkiem mojej osobistej przemiany było właśnie gruntowne oczyszczenie przestrzeni wokół siebie.

Zaczęło się od książek.

Pewnego dnia stanęłam w pokoju, uważnie lustrując półki regałów. Kolejny zakupiony stos książek nie miał się gdzie podziać. Wszystko było już szczelnie wypełnione.

Zdecydowałam w pierwszej chwili, że trzeba będzie zabudować regał po sam sufit, po czym spłynęło na mnie olśnienie, impuls, natchnienie, iluminacja, bodziec…

Coś, co absolutnie i całkowicie odwróciło moje życie o 180 stopni.

Uświadomiłam sobie, że książek jest w domu za dużo i że zaczyna mnie przytłaczać ich liczba. A trzeba wiedzieć, że każda z nich była przeze mnie opatrywana ekslibrisem i opatrzona numerem katalogowym (tak, prowadziłam katalog). Każda była cenna, a sporo z nich ukochanych (np. dzieła Alberta Camusa i książki o nim samym), jednak podjęta deszczowego majowego dnia kilka lat temu decyzja o uszczupleniu biblioteki była najlepszą, jaka mogła się wydarzyć w kontekście mojego rozwoju i przemiany. 

Krok po kroku usuwałam, oddawałam, wynosiłam. 

Nie liczyłam oddanych rzeczy, ale było ich multum.

Ostra selekcja objęła nie tylko bibliotekę. Ubrania, torebki, buty…

Och, to temat na osobny wpis. Cała szafa butów stała w przedpokoju…

Tak, przyznaję. Wydawałam ogromne ilości pieniędzy na buty, kosmetyki i książki. Każda wyprawa do galerii handlowej kończyła się zapakowanym bagażnikiem w samochodzie. Buty (pewna włoska marka straciła już, niestety, wierną klientkę), kosmetyki (wyłącznie selektywne marki, nowości i kolejne tusze do rzęs oraz lakiery do paznokci, w szczególności we wszystkich odcieniach czerwieni), książki kupowane w ilościach prawie hurtowych w księgarniach, antykwariatach i na Allegro i notatniki Moleskine, o których pisałam tutaj: Reminiscencje. Moleskine

Z każdą usuniętą z przestrzeni rzeczą czułam, jak odzyskuję oddech. Czystka objęła całe mieszkanie. Setki rzeczy z kuchni poszło w siną dal. A ja wciąż zastanawiałam się, co jeszcze mogę zminimalizować?

Po kilku latach pracy nad oczyszczaniem swego otoczenia, mogę śmiało napisać, że dzięki sprzątaniu weszłam z powrotem na ścieżkę duchowego rozwoju, zmieniłam zupełnie podejście do życia, inne stały się moje priorytety i wartości przeze mnie cenione. 

Ostatecznie już przestałam jeść mięso i ryby, odkryłam ścieżkę buddyzmu zen, powróciłam po latach do praktyki medytacyjnej i lektur związanych z rozwojem osobistym.

Minimalizm i odgracanie domu spowodowały ogromne zmiany. Dotarłam do miejsca, w którym jestem dziś i wiem, że idę właściwą drogą.

Powróciłam po latach do ukochanego niegdyś Szczecina, odkryłam swą pasję (fotografię), nauczyłam się dziękować za każdą lekcję od losu, także tę trudną i nieoczekiwaną, o której można przeczytać tutaj: Rok minął…

Cieszę się drobiazgami:Alfabet zen. D jak drobiazgi 

Celebruję codzienne radości: Notatniki. Czerwcowe radości

Uporałam się z trudnymi emocjami.

Tutaj cykl o emocjach:

Część 1. Kamuflaż

Część 2. Spektrum

Część 3. Eksplozja

Część 4. Rezultat

Zrobiłam porządki w świecie wirtualnym i swojej torebce.

Przeczytasz o tym w tych wpisach:

Wiosna, zmiany i cytaty

Przeszłość vs teraźniejszość – rzecz o torebce

Celebruję chwile, w których mogę uchwycić w obiektywie piękno przyrody, a efekty moich zachwytów można zobaczyć tutaj:

Fotografia

Żyję prosto i uważnie, w duchu zen.

A jak postrzegam zen, przeczytasz tutaj:

Tajemnica zen

Myśli o sensie życia i zwrot ku wolności

Notatniki. Klasztor zen

Cieszę się wolnością od wszelkich przymusów:

Stan zawieszenia

Notatniki. Status: Log Out

Zamieniłam smutne laboratorium na piękną krainę alchemii:

Alfabet zen. A jak alchemia

I wiem, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie podjęta tego deszczowego majowego dnia decyzja o wyeliminowaniu z biblioteki kilku książek…

Katisha

Related Post

8 Replies to “Alfabet zen. T jak transformacja”

  1. Wiele jeszcze przede mną. Usuwanie gratów wszelkich. Podobnie jak Ty zaczynam od książek. Oddaję stopniowo do biblioteki. Mało jest takich, do których wrócę, większość bez żalu zostawiam innym. Muszę też zrobić porządek z tymi wstawionymi na półkę z Legimi. Widzę, że bardzo te wirtualne półki zaśmieciłam. Mnóstwo na nich książek, które wcale mnie nie interesują. Wzięłam do poczytania, bo ktoś powiedział, że dobre, bo komuś się podobały, a teraz otwieram i jedna za drugą okazują się kiepskie czyli nie w moim stylu.
    Dobrze czytać o Twoich doświadczeniach na polu sprzątania. Bardzo mnie te Twoje wpisy inspirują do działania.

    1. Dziękuję, Aniu i cieszę się, że moje wpisy Cię inspirują. Przypomniałaś mi o półce w Legimi. Już raz robiłam tam porządki, ale chyba czas znów przejrzeć wirtualne półki. Udanego odgracania. Mam nadzieję, że napiszesz jakiś tekst o porządkach u siebie na blogu. Chętnie przeczytam 🙂

  2. Takie działania wymagają wielkiej odwagi. Ja mam wrażenie, że żyję w ogromnym chaosie, ale ogarnianie go idzie mi bardzo opornie. Pozbywanie się rzeczy jest oczyszczające, ale po jakimś czasie zawsze czegoś szukałam. Pojawiała się potem złość, że wcześniej wyrzuciłam.
    Zazdroszczę Ci decyzji z włosami, bo sama o tym myślę, ale nie mam jednak jeszcze tej odwagi. Nie podobam się sobie, myślę, że to będzie oznaka nie tylko starzenia, ale zaniedbania. Zakupów nigdy akurat nie lubiłam, kosmetyki mam przypadkowe, ciuchy najtańsze, omijam kosmetyczki i fryzjerów 🙂 Nie potrzebuję wiele, ale…
    Zastanawiam się nad książkami. Mam takie poczucie, że ich ilość dobrze o mnie świadczy, ale w rzeczywistości ich nie czytam. Jest coś w tym przytłoczeniu. Nadmiar kolorów, formatów – być może to mnie drażni, że nie potrafię wypoczywać w sypialni. Osobne pomieszczenie na domową biblioteczkę to co innego, ale multum książek pośród zwyczajnych, codziennych przedmiotów…
    Hmmmm… Zawsze, gdy czytam Twoje wpisy, odkrywam coś nowego, dowiaduję się czegoś nowego o sobie 😘

    1. U mnie czasami też się zdarzało, że pozbyłam się jakiejś rzeczy, a później okazywało się, że jej potrzebuję. Ostatnio była to kawiarka – pozbyłam się dwóch sztuk kilka lat temu, a teraz, gdy zaczęłam robić sama specyfiki kosmetyczne, okazało się, że byłaby przydatna. Kupiłam więc na Allegro za niecałe 20 zł. Co do włosów, jeśli chodzi o oznakę starzenia się, tym się nie martwię absolutnie. Całkowicie akceptuję fakt, że nie jestem już młodziutką dziewczyną (w młodości zresztą robiłam sobie specjalnym tuszem do włosów srebrne pasemka). Nie odbieram też tego jako oznaki zaniedbania, może dlatego, że te pasma są naprawdę tak przez naturę “zrobione”, jakby był to balejaż 😉
      Książki, to temat trudny. Wiele o pozbywaniu się książek czytałam, ale już po moim detoksie. Dziś wiem, że ilość posiadanych tomów nie ma nic wspólnego z byciem oczytanym i z byciem postrzeganym, jako osoba wykształcona i kulturalna. To, moim zdaniem, mit, który wciąż pokutuje. Nie mam w domu biblioteczki, kilka papierowych egzemplarzy mieści się w szufladzie komody. Mam natomiast ogromną biblioteczkę cyfrową. Kiedyś nie wyobrażałam sobie życia bez książek w formie papierowej, od czasu, gdy kupiłam Kindla, stało się to całkiem wygodne. Obecnie czytam na iPadzie, Kindle poszedł w dobre ręce i wiem, że była to dobra decyzja.
      A “ogarnięcie” chaosu, cóż… Trzeba po prostu poczuć, że przyszła TA chwila. Porządkowanie i usuwanie przedmiotów działa naprawdę terapeutycznie. Sprawdziłam i polecam 🙂

  3. Ja jestem na etapie Transformacja Ready. Przynajmniej książkowo, gdyż zaraz po zakupieniu Kindla zakarmiłem go swoimi pozycjami must-have i w razie czego, no dobrze w razie Wielkiego Czegoś, jestem gotów porzucić swą papierową biblioteczkę i jakoś bez niej przeżyję. Acz przyznaję się bez bicia, jest to raczej zabezpieczenie swego czytelniczego tyłka, niźli świadomy zwrot ku prostocie…

    1. Od czegoś trzeba zacząć 🙂 A co do prostoty i świadomego dążenia do niej, nie każdy w swoim życiu musi przejść tę ścieżkę. Czasami mamy do spełnienia inne zadania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *