Dzień z życia gliniarza

Dziś mam dyżur, wprawdzie od 14.00, ale jadę do pracy wcześniej. Kolega jest na urlopie, a wczoraj przyszło w poczcie po południu dwadzieścia ustaleń miejsca pobytu, dwa zaginięcia i pięć listów gończych. Muszę więc uporządkować to wszystko przed rozpoczęciem dyżuru. 

Wchodzę do komisariatu i od progu dostaję polecenie przyjęcia zawiadomienia.  Dziś sądny dzień. Jest tyle zdarzeń, że już nie ma znaczenia, kto ma dyżur i od której godziny. Hmm, moje plany biorą w łeb. Trzeba będzie przyjść jutro na 6.00…

Pod moim pokojem czeka dwóch mężczyzn. Otwieram drzwi i proszę ich do środka. Włączam komputer i terminal, dowiadując się w międzyczasie, co takiego się wydarzyło. 

Proza, w super wypasionym aucie zostawili na tylnym siedzeniu laptopa i ktoś wybił szybę. Komputer, rzecz jasna, skradziono. Panowie w czarnych garniturach, których cena przewyższa moją pensję nie wiem ile razy, mają ogólną pretensję do całego świata.

Dzwoni telefon. Komendant, mam pilnie przyjść. Przepraszam obu biznesmenów, którzy cierpią na chroniczny brak czasu i biegnę do szefa. 

Zaginięcie pierwszej kategorii, pilnie rzucić wszystko i zająć się tym. No tak, ja jestem specjalistką od zaginięć, poszukiwań i NN zwłok! A co z tą kradzieżą z włamaniem, pytam. Aha, nie ma kto tego przyjąć, bo jest samobójstwo i zabójstwo i sądny dzień, a w ogóle jeszcze bonus – zwłoki NN!

Szef patrzy na mnie wyczekująco. No dobrze, najpierw zaginięcie, bo to najpilniejsze, potem mogę przyjąć zawiadomienie od biznesmenów i jechać na czynności do prosektorium.

Wracam do pokoju, biznesmeni są wściekli. Tłumaczę im całą sytuację, ale nie przyjmują tego do wiadomości. Tacy eleganccy panowie, a język odbiegający od ideału! Grożą, dzwonią, chcą skarżyć, proszę bardzo. Kieruję ich do sekretariatu.

Po ich wyjściu zajmuję się zaginięciem. Biznesmenów dostaje kolega na co dzień rezydujący w pokoju obok, ale z powodu awarii chwilowo przeniesiony do nas, poszukiwaczy. Nie ma wprawdzie dyżuru, ale dziś szaleństwo, więc wszyscy są zmobilizowani. Czarne garnitury wracają do pokoju, ja wprowadzam dane do komputera, dzwonię, ustalam, odbieram telefony. Przyjmuję zawiadomienie o zaginięciu, piszę telegram.

Czas mija, a moja wczorajsza poczta leży nietknięta.

Dzwoni dyżurny, kolejne zgłoszenie. Za chwilę do pokoju wchodzi starszy pan. Co mamy? Kradzież samochodu.

Proszę, by usiadł, pytam, co się wydarzyło. Mężczyzna wyjaśnia, że skradziono mu starego malucha, którym z żoną jeździli na działkę. Oboje są emerytami, chorują, więc ten samochodzik to ich jedyna radość. Kiwam głową, wyjmuję protokół, zaczynam pisać.

Tymczasem czarne garnitury zachowują się skandalicznie, głośno rechocząc, zastanawiają się, czy ten dziadek spadł z księżyca? Maluch to samochód? Przerywam czynności i proszę o spokój, ale panowie patrzą na siebie i wybuchają jeszcze głośniejszym śmiechem. Kpiny i żarty są coraz bardziej niewybredne.

Mój kolega wstaje wreszcie i prosi, aby starszy pan poczekał chwilę na korytarzu. Kiedy zamykają się za nim drzwi, staje przed dwoma chamami i przemawia do nich językiem „na poziomie”, ubranym w epitety, żeby zrozumieli. Czarne garnitury milkną, a ja mogę w końcu przyjąć w spokoju zawiadomienie o kradzieży malucha.

Tymczasem do pokoju przyprowadzają mi zatrzymanego. Nic z tego, załoga musi z nim poczekać, bo ja mam jeszcze do napisania protokół oględzin miejsca kradzieży.

Na szczęście maluch parkował na sąsiedniej ulicy, więc biegnę z kwitami na Mazurską.  Szybki szkic, kilka zdań, podpisy i wracam do zatrzymanego. Załoga ulatnia się w miasto, bo operator ma już dla nich trzy interwencje, a ja przygotowuję dokumentację. 

Szlag! Gość leczony psychiatrycznie, więc trzeba jechać do lekarza. Nie ma za to wolnego radiowozu. Chwila pertraktacji z kierownikiem referatu dzielnicowych plus pół ryzy papieru w dowód wdzięczności za wsparcie i udaje mi się załatwić transport do szpitala, a później do izby zatrzymań, zwanej „pomieszczeniem dla osób zatrzymanych”. 

Miasto potwornie zakorkowane, szczyt! Dojeżdżamy do szpitala, gdy nagle słychać jakiś zgrzyt i samochód staje. Radiowóz się popsuł, więc czekam, aż ktoś się zlituje i zabierze mnie z zatrzymanym, bo auto musi być odholowane. Po godzinie oczekiwania podjeżdża drugi radiowóz, po kolejnej wreszcie ląduję z powrotem w komisariacie. 

NN zwłoki czekają grzecznie w kolejce, bo zamiast jechać do prosektorium, przyjmuję zawiadomienie o kradzieży samochodu. Tym razem, żeby było ciekawiej, pokrzywdzonymi są cudzoziemcy. Tłumaczka już czeka, więc piszę kwity, po czym jadę na miejsce zdarzenia sporządzić protokół oględzin.

Mam cichą nadzieję, że zwłoki doczekają się teraz mojej wizyty, ale nic z tego, bo technik kryminalistyki pojechał na inne zdarzenie, a do prosektorium musimy się udać oboje. 

Chwila ciszy! Świetnie! Zadowolona siadam do moich papierzysk i udaje mi się założyć akta dwóch spraw. Sukces! 

Telefon! Och! Technik już jest. Kierunek – prosektorium!

W „teatrze anatomicznym” wita nas znajomy technik sekcyjny. Idziemy do sali. NN leży na stole. Ze zwłok w dość daleko posuniętym stanie rozkładu wypadają białe robaki. Palce mężczyzny nie nadają się już do zdaktyloskopowania. Pozostałe czynności i wracamy do komisariatu.

Na korytarzu czekają już kolejni interesanci…

Dochodzi wreszcie godzina 22.00. Koniec dyżuru. Wracam do domu.

W tramwaju głośno śpiewa pijak, dwie młode dziewczyny w ledwo przykrywających tyłki spódnicach, z pępkami przekłutymi kolczykami i ordynarnych makijażach, chichoczą głupawo. Mają nie więcej niż 12 – 13 lat. Powinny raczej zająć się nauką, ale one wymieniają głośno uwagi na temat sposobów podrywania panów z zasobnym portfelem. „Galerianki”, myślę w duchu tytułem filmu Katarzyny Rosłaniec.

Wreszcie pętla, wysiadam. Ponure blokowisko, odrapana, wymalowana przez „utalentowaną” młodzież sprayami klatka schodowa.

Ze skrzynki wyciągam zawiadomienie o podwyżce czynszu. Otwieram drzwi od windy. Ktoś jednak zamienił ją w toaletę, na środku corpus delicti plus paczka zużytych, w wiadomym celu, chusteczek higienicznych. Tak, już w tym wypadku nie można zwalić winy na psa…

Idę więc schodami, będę zdrowsza. Kładę się szybko spać, bo jutro przede mną kolejny dzień. Dzień, jak co dzień…

Katisha

Related Post

10 Replies to “Dzień z życia gliniarza”

    1. Tak jest! Tak uczynię! I pamiętam, że to właśnie Ty, Januszu, podsunąłeś mi świetny pomysł, w jakiej formie wydać wspomnienia. Pozdrawiam ciepło 🙂

  1. Podziwiam, że dawalas radę. Jak widzę na szczęście te czasy już za Tobą. A tekst świetny. Czytałam z zapartym tchem 🙂

    1. Dziękuję, Kochana! Dawałam radę, bo kochałam to, co robiłam. Ale teraz cieszy mnie, że moje życie już się odmieniło i mogę swoje przeżycia traktować jako wspomnienia. Ściskam 🙂

    1. Aniu, kryminały lubię, ale jako czytelnik. Pisać nie próbowałam. Co do pracy, gdy zdecydowałam się na nią, nie przypuszczałam, że to będzie najwspanialszy okres w moim życiu. Zabrzmi to pewnie nieprawdopodobnie, ale tak było – do pracy biegłam, jak na skrzydłach i poświęcałam jej bardzo dużo czasu, nawet po godzinach służby. Pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za odwiedziny 🙂

    1. Dziękuję, Karolino! Ludzie nie doceniają ciężkiej pracy policjanta. Tak naprawdę idąc do służby, szczególnie w 997, nigdy nie wiedziałam, czy wrócę do domu żywa. Ale satysfakcja z pomocy ludziom wynagradzała mi wszystkie niebezpieczeństwa i niedogodności. Pozdrawiam i dziękuję za Twój komentarz. Wzruszyłam się.

  2. Takie spiętrzenie zdarzeń brzmi po prostu niewiarygodnie i nieprawdopodobnie! Acz pracując już 10 lat na stanowisku cywilnym w tej samej firmie, posiadam wystarczające w temacie rozeznanie, by móc nie tylko w to wszystko uwierzyć, ale i by stwierdzić – tak tu bywa, tak tu jest… Nie wszędzie i nie zawsze, ale wcale nierzadko…

    1. To jest autentyk z czasów służby w sekcji kryminalnej. Pół ryzy papieru w tamtych czasach było wspaniałym wyrazem wdzięczności i można było za to wiele zyskać. Barter kwitł w najlepsze. Do pracy szło się niby na 14.00, ale od rana trzeba było już pracować przy swoich papierach, których w poczcie codziennie przychodziły dziesiątki…
      Zawsze to powtarzałam, że każdy policjant powinien zaczynać pracę od służby patrolowo-interwencyjnej i to w jednostce liniowej. Taka służba to najlepsza szkoła życia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *