Kruchość

2022-03-06-Z-kruchosc

Kruchość. Słowo przez ostatnie dni tkwiące wciąż w moim umyśle.

Kruchość zaledwie chwilę temu kojarzyłam z moją białą filiżanką z delikatnej porcelany. Tą, którą wiele lat temu wylicytowałam na Allegro i z której najczęściej piję swą poranną kawę.

Kruchość. Jeszcze do niedawna myślałam o niej w kontekście suchych jesiennych liści, w odniesieniu do cieniutkiej tafli lodu, pokrywającej zimą kałuże lub trzymając w dłoniach szklany przedmiot.

Dziś jednak kruchość stała się dla mnie przede wszystkim symbolem ulotności i nietrwałości.

Nagle okazało się, że wojna, znana mojemu pokoleniu wyłącznie z przekazów historycznych i filmów, stała się realnym zagrożeniem, a pokój na świecie balansuje na cieniutkiej linie, szarpanej wściekłymi podmuchami szaleństwa.

W zestawieniu z brutalnością wojny, nie potrafię odnaleźć w swoim wnętrzu całkowitego spokoju.

Bardzo czekałam na wiosnę i teraz, gdy coraz częściej słońce cieszy zmysły, a młodziutkie roślinki nieśmiało zaznaczają swą obecność na trawniku, nie potrafię odczuwać w pełni radości.

Wdech. Wydech. Powtarzam sobie te dwa słowa, które stały się moją osobistą kotodamą. Dzięki nim zakotwiczam się w tu i teraz choć na krótką chwilę.

Wiele osób odczuwa ostatnio swoiste wyrzuty sumienia, ma poczucie winy, że oto żyją w swojej codziennej normalności, podczas gdy za progiem dzieje się tragedia.

Przynależę do tej grupy i ja.

“Dziękuję. Jestem wdzięczna za…”, myślę za każdym razem, odkręcając kran z ciepłą i czystą wodą, włączając rano wyciskarkę, pijąc świeży sok i kawę. W tej mojej kruchej filiżance.

Dziękuję za to, że niebo nade mną jest bezpieczne, że mogę bez obawy wyjść na spacer z Tessą, że siedzę w ciepłym mieszkaniu, a wieczorną ciszę przerywa jedynie od czasu do czasu gwizd lokomotywy, toczącej się opodal po torach.

Jestem wdzięczna za codzienne rozmowy telefoniczne z Bliskimi i za to, że ostatnio w sklepie kupiłam nowe piękne zeszyty i bullet journal do zapisywania haiku, codziennych refleksji i notatek. Wieczorami siadam z piórem i zapisuję kolejne kartki swoimi hokku.

Wdech. Wydech.

Lęk czai się po kątach, ale oddycham głęboko.

Prozaiczna czynność prasowania stała się ostatnio najpiękniejszą medytacją. Powoli sunące po materiale żelazko, świst i obłok pary, wydobywającej się na zewnątrz i obserwowanie, jak kawałek lnu staje się idealnie gładki.

Wdech. Przesuwam żelazko w prawo.

Wydech. Sunę żelazkiem w lewo.

Chwila maksymalnego skupienia.

Składam wyprasowane rzeczy. Perfekcyjny, równiutki stosik. Wyłączam żelazko, składam deskę.

Wdech. Wydech.

Postanawiam upiec kruche (nomen omen) gwiazdki. Wyjmuję z szafki tabliczkę czekolady, rozpuszczam ją i pokrywam starannie pędzelkiem upieczone ciasteczka. Myślami jestem z tymi, którzy w odciętych miastach nie mają wody, jedzenia i prądu…

W zeszłą sobotę kupiliśmy konserwy i środki czystości i pojechaliśmy zawieźć dwie torby do uruchomionego punktu zbiórki darów.

W niedzielę poszliśmy na manifestację, na której odbył się protest przeciwko wojnie.

Z tyłu głowy wciąż kołacze się myśl, co jeszcze mogę zrobić?

Poświęcam swój czas na modlitwę, medytację i codzienne przekazy Reiki w intencji pokoju.

Staram się praktykować maitri i miewam wyrzuty sumienia, że jeszcze nie jestem ostatecznie gotowa na praktykę Tonglen.

Nie mogę przyjąć pod swój dach potrzebujących, bo nie mam warunków mieszkaniowych.

Gdybym miała dom albo drugie mieszkanie, myślę…

Gdybym miała pieniądze, myślę…

Przygotowałam sobie linki do zbiórek, które zamierzałam wesprzeć większymi kwotami, ale z bólem serca musiałam odpuścić, bo czwartkowa wizyta z Tessą u weterynarza pochłonęła moje oszczędności (blisko osiemset złotych), a zanosi się na to, że to nie koniec wydatków.

Ostatnio też wzrosły znów raty kredytów…

Myślę więc o tym, jak bardzo potrzebne byłyby mi teraz pieniądze, którymi mogłabym podzielić się z potrzebującymi.

Przypominam sobie piętnaście tysięcy dolarów, które spalił Cal Trask, jeden z bohaterów powieści Johna Steinbecka “Na wschód od Edenu”.

Ile za tę kwotę można byłoby dziś uczynić dobrego…

Nie mam jednak piętnastu tysięcy dolarów. Ani nawet stu dolarów. 

Mogę więc jeszcze pojechać do stacji krwiodawstwa i oddać krew oraz przesłać bardzo symboliczne kwoty na zbiórki:

Pomoc dla Ukrainy – Siepomaga.pl

Pomoc dla zwierząt z Ukrainy – Ratujemyzwierzaki.pl

Mogę praktykować wdzięczność i wierzyć, że wszystko ma swój kres.

Mogę żyć, w swej codzienności stosując Maitri, Karunę, Muditę, Upeksę – Cztery Szlachetne Postawy.

Tyle mogę.

Wdech. Wydech…

Katisha

Przeczytane ostatnio lektury, które na chwilę zatrzymały mnie w innych realiach:

“Na wschód od Edenu” John Steinbeck

“Jeszcze jeden dzień” Kristin Harmel

“Mitologia” Jan Parandowski

“Ogród polskiej Safony. O symbolice roślin w poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej” Sylwia Stolarczyk

“Każdy krok niesie pokój” Thich Nhat Hanh

“Latarnicy” Emma Stonex

“Kobieta w białym kimonie” Ana Johns

“Podziemie pamięci” Yoko Ogawa

“Odkryć życie na nowo” Anthony de Mello

“Słowiańskie Boginie Ziół” Joanna Laprus-Mikulska

“Ogród” Hiroko Oyamada

“Lęk. Co warto wiedzieć, by przetrwać burzę” Thich Nhat Hanh

Posty powiązane

4 Replies to “Kruchość”

    1. Tak i tak często tego nie doceniamy. Dopiero ekstremalne wydarzenia otwierają nam oczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.