Odcinek 21

odcinek-21

Odcinek 21

14 listopada 2020

Od środy chorowałam, więc jaśnie pani wybyła.

Wczoraj poczułam się już lepiej, posprzątałam mieszkanie i nawet udało mi się upiec biszkopty do popołudniowej herbaty. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że księżna nie pojawi się na weekend.

Zaplanowałam sobie bowiem na sobotę pieczenie pierników. 

W sobotnie przedpołudnie koniecznie jednak chciałam udać się najpierw na spacer. Przejechaliśmy więc sporo kilometrów do serca Puszczy Bukowej, by po kilkunastu minutach wracać z powrotem do domu.

Deszcz rozpadał się na dobre, aparatu nawet nie wyciągnęłam z torby, a w dodatku myśliwi zaczęli opodal strzelać, więc pies się wystraszył.

Weszłam z ulgą do ciepłego mieszkania, by z miejsca usłyszeć:

Mleko się kończy do kawy, trzeba kupić! Koniecznie, bo ja czarnej nie pijam. I jakieś ciastka na podwieczorek!

Ton imperatywny i jeszcze obrażona mina, gdy zobaczyłam ją siedzącą na fotelu. 

Co to jest, pyta, trzymając w ręku dyfuzor do olejków.

Dyfuzor, odpowiadam.

Szybko przebieram się w wygodne ciuchy. Nie mam nawet zamiaru wychodzić znów w tę pluchę.

Kawy nie piję, bo odkryłam fantastyczny przepis na rozgrzewającą herbatę z pomarańczą, cynamonem, goździkami i imbirem, do tego sok malinowy, mniam.

A że mam w domu świeży imbir, herbatka będzie jeszcze lepsza, niż ostatnio.

Wyjmuję jej z rąk dyfuzor, wlewam olejki i za chwilę w pokoju cudownie pachnie rozmarynem i eukaliptusem, a ja idę do kuchni.

Włączony piekarnik, podpieka się w nim wegańskie mięso z kukurydzą. Do tego ciasto pizzowe i będą bułeczki/ pierogi/ burritos/ sama nie wiem.

Słyszę w pokoju westchnienie.

Takie bardzo mocno zaakcentowane.

Za chwilę księżna siada przy kuchennym stole.

Filiżankę po wypitej kawie zostawiła, rzecz jasna, w pokoju. 

Co tu robić, taka pogoda, gdzie wyjść, żeby nie zmoknąć i w ogóle po co pada, zaczyna się kwękanie. Nie mogę jechać teraz do kurortów, bo przecież potrzebuję nowe suknie i płaszcze, no i nie mam też jeszcze nowych sakwojaży, ach, tyle pracy przede mną, żeby zdążyć do karnawału…

Strumień narzekań płynie i płynie.

Pracy!

Pomyślałby kto, jakie to wyczerpujące zajęcie mierzyć stosy sukien u krawcowej, bo przecież gotowej konfekcji jaśnie pani nie kupuje.

I takoż znojna jest czynność wybierania z katalogów nowych toreb, torebek, walizek, pudeł na kapelusze i tym podobnych.

Siadam do komputera, żeby włączyć jakąś muzykę i zagłuszyć marudzenie.

Do krawcowej się nie wybierasz, pytam podstępnie.

Dopiero po południu mam wizytę, odpowiada naburmuszona, Klementyna ma jeszcze inne klientki.

Klementyna to jej krawcowa, wielki talent posiadająca. W młodości uczyła się szycia w paryskiej pracowni i zna doskonale rzemiosło. Każda jej suknia to istne arcydzieło. Klementyna szyje wyłącznie haute couture, a jednak, mimo zawrotnych cen, ma liczną klientelę.

Aha, myślę sobie, księżna zła, bo pewnie myślała, że jest najważniejsza, a się okazało, że jeszcze i baronowa, i hrabina też są ważne w hierarchii Klementyny.

No nic, przetrwam jeszcze te dwie godziny, zajmując się kolejnym projektem fotograficznym, a gdy jaśnie pani wyjdzie, wyciągnę miód i żytnią mąkę, by w miłej atmosferze upiec przepyszne pierniczki do jesiennej herbaty.

Już czuję ten aromat…

Katisha

Posty powiązane