Odcinek 23

odcinek-23

Odcinek 23

21 listopada 2020

Sobotnie listopadowe popołudnie, gdy za oknem szarość i chłód, idealnie nastraja do tego, by wprowadzić w domu przytulną atmosferę.

Lampion ze świeczką sojową, dyfuzor z olejkami i maleńkie światełka na krzaczku rozmarynu.

Tak, to cudowne elementy jesiennego nastroju.

Kropką nad przysłowiowym „i” będzie cudowny, wypełniający dom aromat świeżego ciasta.

Albo ciastek.

A najlepiej, pierników, bo te korzenne ciasteczka znakomicie wpasowują się w jesienno-zimowe klimaty.

Spacer południową porą po wzgórzach bukowych był pierwszorzędnym pomysłem.

Wena z Migreną rwały się obie, żeby jechać.

Proszę bardzo.

Nie przewidziały tylko, że primo, na dworze ziąb, secundo, po lesie w eleganckich pantofelkach i lekkim płaszczu nie da się przejść kilku kilometrów.

Dziś na szczęście pies nie protestował, maszerował raźnie przed siebie, więc i ja mogłam iść marszowym krokiem.

Z początku szłam drogą, później skręciłam w leśną ścieżkę.

Ale my nie możemy tam iść, słyszę za sobą jękliwe zawodzenie.

Przecież po tych bezdrożach nie damy rady, dobiega marudzenie.

Ostrzegałam, rzucam przez ramię, ale się uparłyście, więc idźcie sobie dalej drogą, ja zanurzam się w las.

Ale dokąd mamy iść, wracać taki kawał do auta…

Kwękanie towarzyszy mi jeszcze chwilę, po czym zapada cudowna cisza.

Szum wiatru w koronach, szelest liści, których gruby dywan ściele się pod nogami.

Bajka!

Uff, wzdycham z ulgą, nareszcie się odczepiły. 

Po przejściu kilku kilometrów wracam do samochodu okrężną drogą, bacząc pilnie, by nie natknąć się gdzieś na dwie zrzędy, ale nie ma ich nigdzie. Za to drogę przebiega mi stado saren.

Jak miło obcować z naturą, myślę. 

Po spożytym obiedzie, korzystam z okazji, że w domu spokój i cisza. Wyciągam miód, mąkę żytnią i przyprawę do piernika.

Niedługo potem z piekarnika dobiega wspaniały aromat.

Dzbanek zaparzonej rozgrzewającej herbaty stawiam na stole…

Trzask drzwi wejściowych brzmi, jak dźwięk trąb jerychońskich. 

Nie mogłaś poczekać, myśmy aż do Niedźwiedzia dotarły, bardzo ładna droga tam prowadzi. Jakiś pan jechał w stronę miasta i był łaskaw nas zabrać, ale musiałyśmy wysiąść na Słonecznym. Migrena już nie dała rady dalej iść. Pieszo stamtąd jednak daleko, strasznie się zmęczyłam i zmarzłam, czy jest coś ciepłego do jedzenia? Chętnie bym się herbaty napiła…

Monolog rozwija się, jak rzucona w powietrze serpentyna.

Chyba powinnam się cieszyć, że wróciła bez Migreny, ale nie potrafię.

W myślach przeklinam „łaskawego pana”.

Mógł je wysadzić obie na drugim końcu kraju…

Katisha

Posty powiązane