Odcinek 25

odcinek-25

Odcinek 25

25 listopada 2020

Środowe popołudnie zasnuła mgła. Jeszcze nie ma godziny 16.00, a za oknem gęstnieje mrok.

Siedzę w kuchni.

Dyfuzor rozpyla olejki pomarańczowy i cynamonowy, co daje wspaniały aromatyczny mix.

W białym lampionie zapalona świeczka delikatnie rozjaśnia zapadającą powoli ciemność. 

Założyłam wczoraj notatnik blogowo-fotograficzny, w którym zamierzam notować wszelkie idee związane z pisaniem i projektami foto.

Pod wpływem lektury mojej ulubionej książki przyszedł mi do głowy pomysł na post pełen filozoficznych rozważań. Zapisałam wczoraj piórem kilka kart, przelewając na papier luźne myśli i skojarzenia. Wynotowałam też parę cytatów, którymi będę chciała zilustrować tekst. Intensywnie dumam nad tytułem.

Post krystalizuje się niespiesznie, a ja właśnie potrzebuję pilnie weny twórczej.

Niestety, gdy jest potrzebna, nigdy jej nie ma, a jeśli nawet się pojawia, absolutnie nie jest zainteresowana moimi rozterkami literackimi i pisarskimi.

Marudzi wiecznie o pierniki, kawę etc. (tu wstaw, co uważasz za stosowne). 

Włączyłam sobie w laptopie świąteczną playlistę ulubionych o tej porze roku przebojów.

Zrobię tymczasem spis potraw i świątecznych ciast, myślę.

Chwytam pióro, kładę na stole kartkę…

Mgła to coś czego nie znoszę, rozlega się od strony drzwi, sama nie wiem, czy wiatr już nie lepszy. Zimnica straszliwa i jeszcze ta paskudna wilgoć mglista, bleee, co to za miasto, jak tu można mieszkać. Tak mi brakuje słońca i ciepła, a moje nowe suknie jeszcze nie gotowe, nie mogę jechać do kurortów na południe, bo przecież w starych łachach nie wypada się tam pokazać. Klementyna się strasznie guzdrze z tym szyciem, ach, co ja mam za życie…

Końcówkę tyrady księżna wygłasza już w kuchni, a ja zastanawiam się, jak zwykle, i jestem w pewnym sensie pełna podziwu dla tego, ile w jednej wypowiedzi można zawrzeć narzekania, kwękania i zrzędzenia.

Nic pozytywnego!

Ona widzi wszystko w czarnych barwach!

Co za malkontentka!

Gryzę się w język, żeby nie powiedzieć tego głośno, bo może łaskawie pomoże mi przy pisaniu tekstu na blog.

Jaśnie pani siada przy stole, rozgląda się wokół, a ja czekam, kiedy zacznie stawiać żądania. 

Co jest na obiad, pyta. Kicheri, odpowiadam.

Nie chcę, nie lubię tych dziwnych przypraw z Indii, dlaczego nie ma normalnego obiadu, marudzi.

Dla mnie to normalny obiad, odpowiadam, nie chcesz, nie jedz.

To kawę wypiję chociaż, na kolację jestem zaproszona, mówi, a ja oddycham z ulgą.

Będę miała spokój.

Przygotowuję jej tę kawę.

Zagaję temat pisania, myślę, może coś mi podpowie.

Stawiam filiżankę na stole.

Wiesz, mam pomysł na tekst, mówię, ale liczę na twoją radę.

O, a o czym ten tekst, ożywia się! 

Niesamowite, wreszcie się czymś zainteresowała!

Z nadzieją w głosie zaczynam jej opowiadać, co chciałabym napisać. Słucha uważnie.

No, nie wiem, odzywa się po chwili, jakoś nie czuję tematu. Filozoficzne rozważania nie są mi bliskie. 

A ci jest ci bliskie, pytam z przekąsem.

Ach, sama nie wiem, odpowiada, jakoś ostatnio nie mam do pisania… weny.

Zamykam temat pisania…

P.S. Zainteresowanych tajemniczą sakiewką księżnej, o której wspominam w poprzednim odcinku informuję, że wyciągnęła z niej MOJĄ puderniczkę Guerlaine’a (bo ty i tak jej już nie używasz od dawna, argumentowała), przypudrowała twarz, po czym zamknęła z trzaskiem to biżuteryjne cacko, wsunęła do sakiewki i oświadczyła, że wychodzi na brydża.

Ostatni grosz, za który chciałabym kupić cień dawnych dni, muszę wysupłać więc sama…

Katisha

Posty powiązane