Odcinek 28

odcinek-28

Odcinek 28

7 listopada 2021

Pół soboty zmarnowanej!

Księżna od rana marudząca z wiadomego powodu – braku w domu aromatycznych korzennych ciasteczek, zwanych piernikami.

Snuje się niezadowolona i narzeka.

Ponieważ za oknem chmury opuściły niebiosa, postanawiam i ja opuścić mieszkanie.

Wyjdę, odetchnę świeżym powietrzem, pojadę do puszczy, zrobię kilka zdjęć i wezmę psa na spacer.

Same korzyści.

A największą z nich będzie odseparowanie się na jakiś czas od marudy.

Wkrótce cieszę się pięknymi okolicznościami przyrody.

Pies szczęśliwy, ja zadowolona.

Jest cudownie!

Wracam do domu z nikłą nadzieją, że może zrzęda udała się gdzieś na zakupy. Wspaniale byłoby, gdyby spotkała jakichś znajomych, którzy by ją zabrali do siebie.

Tak!

To byłby idealny sobotni dar od losu.

Nieśmiało otwieram drzwi do mieszkania.

Rozglądam się.

Pusto.

Cicho.

Błogo!

Z radością udaję się do kuchni, by ugotować na obiad ulubioną zupę pomidorową.

Niedługo potem zjadam smaczny posiłek w ciszy i spokoju. Robię sobie herbatę i kroję kawałek sernika, kupiony po spacerze w cukierni.

Miłe, sobotnie popołudnie płynie nieśpiesznie.

Zatapiam się w lekturze. W tle sączą się cichutko utwory Glenna Millera.

Ideał dnia!

Ze schodów na korytarzu dobiegają nagle głosy.

Dwa!

Chwilę później przez otwarte z impetem drzwi wpadają…

O, nie!

Dwie zrzędy!

Księżna spotkała znajomą. To była ta cudowna część planu.

Niestety, zamiast udać się z nią w jakieś odległe miejsce, przyprowadziła ją do mnie.

I tu plan trafili diabli.

W dodatku owa znajoma, i mnie dobrze znana, nie jest tu NIGDY mile widziana.

Zastygam z przerażeniem, podczas gdy Wena z Migreną pośpiesznie udają się do kuchni.

Migrena łypie spode łba. Wie, że nie jest tu oczekiwanym i miłym gościem. W towarzystwie księżnej jednak nie zwraca uwagi na moje animozje.

O, zupa pomidorowa, świetnie. Zgłodniałyśmy, dobiega z kuchni.

Trzaskanie naczyniami i sztućcami skomponowane jest idealnie z płynącymi nieprzerwanym strumieniem słowami.

Obie, jedna przez drugą, pytlują jęzorami.

Chwilę potem pakują się do pokoju.

Brudne naczynia zostawiły oczywiście na stole. Po zupie nie ma śladu.

Hmm.. Miała być na dwa dni…

Och, Glenn Miller! W pokoju następuje ekscytacja. Pamiętam, jak w dzieciństwie uczyłam się grać na fortepianie jego utwory. Miałam wtedy, mieszkałam wtedy… tu następują długie wyliczanki i słowa, słowa, słowa wciąż płyną.

Do wieczora opanowały z Migreną dom.

Ględziły, marudziły, zrzędziły, bo pogoda nie taka, bo pierników nie ma, bo trzeba będzie znów spędzać długie godziny u krawcowej i tym podobne.

Oby tych godzin w pracowni krawieckiej było jak najwięcej i jak najczęściej, i żeby były one jak najdłuższe, zaklinam w duchu los.

Tymczasem miłe popołudnie zmieniło się w niemiły wieczór.

Ponieważ jednak na dworze nie pada deszcz, mimo ciemności postanawiam wybrać się na jeszcze jeden spacer.

Jadę na Jasne Błonia. Przechadzka w cudnej ciszy odmienia mój nastrój.

Może poszły na brydża, myślę, kierując się w stronę domu. Byłoby fantastycznie!

Zmierzając po schodach na górę, słyszę niepokojące dźwięki.

Co tu się dzieje, pytam podniesionym tonem.

Och, nie ma fortepianu, więc posłałam po inny instrument. Tak cudownie jest przypomnieć sobie młode lata, księżna uśmiecha się promiennie, po czym ponownie rozlega się rzępolenie.

Wena piłuje skrzypce, Migrena zalega na kanapie, Glenn Miller przewraca się w grobie…

Ja zastygam bez słów.

Katisha

Related Post

2 Replies to “Odcinek 28”

    1. Dziękuję. Migrena dopadła mnie jednak, ale na szczęście nie była zbyt uciążliwa. Chyba zasłuchała się w tym nieszczęsnym książęcym rzępoleniu…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *