Reminiscencje. Prosektorium

Cytaty wykorzystane w poniższym tekście pochodzą z wydanego przeze mnie w 2010 roku zbioru opowiadań pt. “Makabreski”.*

W swojej policyjnej karierze do prosektorium pojechałam po raz pierwszy z własnej woli.
Dręczona obawą, czy mam predyspozycje do służby, w której mogę być narażona na kontakt ze zwłokami w różnym stanie, chciałam się przekonać, czy udźwignę brzemię.

Ówczesne prosektorium mieściło się w dość nietypowej lokalizacji, rodem z typowego horroru. 

Nie był to nowoczesny kliniczny budynek. Wręcz przeciwnie.

“W głębi zapuszczonego parku stał niewielki budynek. Niegdyś musiało być to piękne miejsce.
Teraz wiało stamtąd nieokreśloną grozą.

Budowla z czerwonej cegły sprawiała wrażenie opuszczonej.
Okalające ją bezlistne drzewa, wyglądały jak jakieś nierzeczywiste istoty.
Prawie słychać było ich szepty pełne zła i złośliwe chichoty.
W pewnym momencie zabłysło światło kilku neonowych lamp, dość rzadko rozsianych po ponurym parku.

Ciężkie drzwi wejściowe i koniec długiego korytarza niknący w mroku.
Na suficie rzucające siny blask jarzeniówki.

Wewnątrz jednej z sal stał długi, kamienny stół, z zamocowanym u szczytu kranem.
Wyglądał jak skrzyżowanie wanny z korytem (…)

Ściana zabudowana była wysokimi regałami, na których stały różnej wielkości słoje, a w nich koszmarki i makabreski, homunkulusy i straszne dziwy natury (…) po drugiej stronie coś w rodzaju ogromnej komody z szufladami.” 

Prosektorium mieściło się w starej cmentarnej kaplicy.
Wzniesiono ją w stylu neoromańskim w roku 1900 na terenie funkcjonującego wtenczas cmentarza.
Była to przyszpitalna nekropolia założona w 1871 roku dla celów pochówku pacjentów i personelu Zakładu Opiekuńczego Kückenmühle.
W latach 60-tych XX wieku teren przejęła Pomorska Akademia Medyczna, a prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej funkcjonowało w dawnej kaplicy do roku 2001.

Obecnie budynek jest wyłączony z użytkowania i zamknięty na głucho.

Wracając jednak do zmarłych…

Trafiły mi się na pierwszy ogień zwłoki po utonięciu

“Mężczyzna chwycił dłonią uchwyt jednej z szuflad i pociągnął. Szuflada wyjechała lekko. (…)
Technik jednym szarpnięciem otworzył zamek i rozchylił poły czarnej folii. Wewnątrz leżało coś, co kiedyś było człowiekiem.”

Zwłoki po długim przebywaniu w wodzie ulegają tak ogromnym przeobrażeniom, że czasami zaprawdę trudno dostrzec w nich rys człowieczeństwa.

V E N I   V I D I   V I C I

Nie okazałam na zewnątrz emocji, choć w duszy drgnęła nuta nieokreślonego niepokoju, że oto z wielkiego dzieła natury, jakim jest człowiek, po śmierci zostaje z niego tak niewiele…

Jak się później okazało, odporność na te smutne widoki okazała się dla mnie zbawienna, bowiem prowadziłam w swoim czasie sprawy dotyczące między innymi identyfikacji nieznanych zwłok.

Oglądając ciała w różnym stanie rozkładu i z różnymi obrażeniami, stawałam zawsze „z boku” samej siebie, jakbym patrzyła na te obrazy oczami innej osoby.
Taki rodzaj samoobrony psychologicznej.
Bariera ochronna, żeby nie ulegać emocjom, które i tak w jakimś momencie będą próbowały wypłynąć na powierzchnię z głębin podświadomości.

„Moi” zmarli odwiedzali mnie często w koszmarach sennych, tańcząc swój Danse Macabre.
Mroczne to były sny…

Część z nich tak bardzo chciała odzyskać swoje imię i nazwisko.
Niezidentyfikowani byli nieszczęśliwi. Pogrzebani w smutnej kwaterze cmentarza, w której rzędy krzyży oznaczono tabliczkami „NN”, a o groby nikt się nie troszczył.

„Ileż nierozwiązanych spraw leży w mojej szafie!
Tylu NN-ów i brak jakiejkolwiek możliwości, jakiegoś punktu zaczepienia.
Trudne sprawy, czasem sprzed wielu lat, leżące całymi miesiącami, a później latami na półkach, bez żadnych szans na rozwikłanie zagadek, w których nie pomoże najnowsza technika, ani żadne super metody.
Zwłoki po oględzinach, po dokładnym sfotografowaniu, opisaniu znaków szczególnych i tak dalej, trafiają w końcu na centralny cmentarz, do tej smutnej kwatery, gdzie wszystkie groby wyglądają tak samo, a różnią się tylko datami na małych metalowych tabliczkach.
Nikt nie zapala im zniczy, nie stawia kwiatów, nie modli się nad nimi.
W bardzo nielicznych przypadkach udaje się po jakimś czasie zidentyfikować zmarłych.
Zdarzało się, że przyprowadzałam do tej smutnej kwatery zrozpaczone rodziny, które poszukiwały swoich bliskich.
Ludzie czasem płakali, czasem milczeli, ale zawsze odczuwali swego rodzaju ulgę, że odnaleźli swych bliskich.
Dzięki temu te bezimienne, przeraźliwie smutne tabliczki czasem miały szansę zniknąć z tych opuszczonych grobów.
Ale zdarzało się i tak, że nie było nikogo bliskiego, kto mógłby stanąć nad miejscem ostatniego spoczynku, choć udało się ustalić tożsamość zmarłego.
Ach, ilu z nich czeka jeszcze na odkrycie prawdy o sobie, choć wiem, że większość nie dowie się nigdy, kim była naprawdę.
Umierają w różnych okolicznościach. Najczęściej w bolesnej dla nich świadomości, że nie zostanie po nich nic, że nikt nie będzie ich wspominać, ani nie stanie nad ich grobem i nie zapłacze po ich stracie.
Czasem umierają samotnie, czasem w obecności obcych osób, czasem wbrew sobie, a czasami wybierając śmierć zamiast upodlenia i koszmarnego życia.
Są i tacy, którzy odchodzą nieświadomie.
Znajdujemy ich w różnych miejscach, w lasach, na ulicach, w kanałach, na dworcach, przystankach, pod mostami, w wodzie, w starych bunkrach, na terenie nieczynnych fabryk, w opuszczonych domach, w śmietnikach, na klatkach schodowych, w pijackich melinach, na skwerach, w piwnicach, na wysypiskach śmieci i gdzie tylko wyobraźnia sięga.
Nieszczęśliwi ludzie, którzy mieli przecież kiedyś kogoś bliskiego, znajomych, sąsiadów, gdzieś żyli, mieszkali, jedli, posiadali jakieś dokumenty, rzeczy osobiste, pamiątki. Śmierć w wielu wypadkach nie pozbawiła ich tego, bo oni często już zapomnieli, jak żyli kiedyś, dawniej… – policjantka urwała nagle.” 

Rozliczyłam się częściowo z przeszłością w wydanych wiele lat temu „Makabreskach”, ale stare widma wciąż nie dawały mi o sobie zapomnieć.

Po latach, gdy weszłam na ścieżkę zen i zaczęłam porządkować ukryte głęboko emocje, zrozumiałam, że w obliczu śmierci

“nic do mnie nie należy
tylko spokój serca
chłód wieczoru”
Issa Kobayshi

 

Katisha

*Katarzyna Winters: Makabreski. wyd. Radwan, 2010

Related Post

12 Replies to “Reminiscencje. Prosektorium”

  1. Emocje towarzyszą nam każdego dnia. Dobre są naszymi sprzymierzeńcami. Co z tymi złymi? Podobno w przyrodzie musi istnieć równowaga.

    1. Niektórzy uważają, że nie ma dobrych i złych emocji. Emocja to emocja, a jedynie sposób, w jaki odbieramy rzeczywistość kształtuje nasze osobiste odczucia. Ja wiem, że każda emocja coś do mojego życia wnosi, nawet taka, która powoduje ból, smutek i cierpienie. Traktuję to jako lekcję życiową i… staram się wyciągnąć wnioski.
      Dziękuję Ci, Irenko, za komentarz 🙂

  2. Kasiu, przytulam mocno, bo wiem, czuje to głęboko, że choć poukladalas swe emocje to one nie raz ,nie dwa wyskakują Ci przed nos by zagrać ponownie na jakiejś zapomnianej strunie. Podziwiam Cię. Dzwigasz ogromny ciężar.

    1. Tak, Aniu, masz rację. Emocje, nawet te starannie poukładane, zostają w nas na zawsze. Pisanie pomaga je wyciszyć i choć na co dzień nie myśli się o nich, czasami trąci się tę strunę, która uruchamia lawinę wspomnień. Rozliczanie się z przeszłością jest bolesne i trudne, ale i oczyszczające. Dziękuję Ci za Twój komentarz, ściskam i mam nadzieję na nasze powtórne spotkanie.

  3. Dzielna Kobieto… Przeczytałam… i mowę mi odjęło… ale jak podsumowałaś – w obliczu śmierci nic od nas nie zależy, ale jej “dotyk” często zmienia nasze życie i nas samych…

    1. Tak, Oleńko, dotyk śmierci zmienia nasze życie. Wydawałoby się, że silne emocje towarzyszyć nam będą wyłącznie w obliczu odejścia bliskiej osoby, a jednak widok tych nieznanych zmarłych zostaje w psychice na zawsze.

    1. Życzę Ci, Karolina, z całego serca, byś nigdy nie musiała odwiedzać tego miejsca. Jest smutne i przepełnione nieszczęściem.

  4. Katarzyna Katisha Winters,
    Zdumiewa odwaga, z jaką stawałaś w tych okolicznościach – pracy dla ciebie, a dramatu końca ziemskiej drogi dla tych nierozpoznanych, osamotnionych ludzi. Raz byłam w sytuacji bliskiego spotkania ze śmiercią, osobę jednak znałam, umierała nieświadomie, w śpiączce, w otoczeniu rodziny i bliskich. Jej śmierć stała się dla mnie impulsem do mocnej wewnętrznej przemiany, po niej nie byłam zdolna wrócić w buty poprzedniego życia tak, jakby nic się nie stało. Tu, jak opisujesz, tych spotkań było wiele, a w dodatku bycie świadkiem samotnego umierania, jakby znikania człowieka – i fizycznie i w świadomości innych ludzi – musiało nieść za sobą dojmujące konsekwencje w psychice, obdarzyć Cię tą szczególną formą wrażliwości na ludzki los i cierpienie. Ależ jesteś dzielną kobietą! Mocno Cię ściskam i dziękuję za ten tekst. Olga

    1. Dziękuję, Olgo, za ten piękny komentarz. Dla mnie, osoby wrażliwej, te przeżycia bywały traumatyczne i choć po latach zostały poukładane i zamknięte, w świadomości pozostały na zawsze. Może los postawił mnie na drodze tych nieznanych osób, żebym poświęciła im odrobinę uwagi w swej pamięci? Nic się nie dzieje bez powodu, kolejna lekcja od życia…
      Ściskam mocno!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *