Śnieżna opowieść

sniezna-opowiesc

Śnieżna opowieść pojawiła się niepodziewanie. Osiemnastego stycznia tego roku spadła z nieba, wraz z padającym gęsto śniegiem.

Wieczorem odsunęłam roletę. Za szybą zobaczyłam tańczące w powietrzu śnieżynki. Zawieszone w przestrzeni na kilka chwil, miękko opadające ku ziemi, pokryły ją w kilkanaście minut grubym puszystym dywanem. Z nimi spłynęła na ziemię śnieżna opowieść.

Intuicja podpowiedziała mi, że taki czas się nie powtórzy.

Zrozumiałam, że został mi dany w darze, bym poczuła choć przez chwilę wytęsknioną prawdziwą zimę. Chwilę później szłam przez zasypane chodniki pośród śnieżycy. Przypatrywałam się, jak w świetle lamp wirują białe płatki. Na maleńkiej górce zaroiło się od sanek z dziećmi. Pomimo wieczornej pory osiedle ożyło. Pługi sumiennie oczyszczały szerokie arterie, samochody przemieszczały się powoli. Śnieg sypał coraz gęstszy, a ja szłam coraz dalej.

Wyciągnęłam z kieszeni telefon, żeby zatrzymać choć w kadrze piękny obraz zimy.

Zimy, od której wzięłam niegdyś swoje nazwisko. 

Mokre płatki osiadały mi na rzęsach, gdy wystawiałam twarz w stronę ciemnego zimowego nieba. Zatrzymywałam się co chwilę, by zachować w pamięci telefonu ośnieżone gałązki świerków. Powoli wędrując pośród wirujących śnieżynek, poczułam jedność ze światem, niezwykłą więź z planetą, na której żyję. Wieczorny spacer w otoczeniu sypiącego intensywnie śniegu, stał się transcendentalnym przeżyciem. Jak niewiele potrzeba, by po prostu BYĆ, pomyślałam…

“Po prostu będąc
Jestem tutaj
W śnieżycy”
Issa Kobayashi

W labiryncie ośnieżonych baśniowo uliczek zarysowały się cienie reminiscencji. Pojawiły się, by pokolorować biel śnieżnej opowieści.

Przez chwilę byłam znów małą dziewczynką, którą Tatuś woził na drewnianych sankach, opatuloną w szarego misia – futerko, które sprezentował mi Dziadek. Zjeżdżałam z górki, mknąc po białym puchu. Zakładałam białe łyżwy, by pośmigać po szkolnym lodowisku. Lepiłam bałwana i próbowałam zbudować własnoręcznie igloo na ogromnym podwórku Babci, gdzie skakałam po wielkich zaspach i brnęłam prawie po pas w śniegu. Wracałam potem zmarznięta, ale szczęśliwa do babcinego mieszkania i w ciepłej kuchni siadałam przy piecu, a Babcia starannie rozwieszała i suszyła moje mokre rękawiczki, szalik i spodnie.

Jednym z najcudowniejszych wspomnień bez wątpienia jest kulig za samochodem. Mknące lekko po parkowej drodze sanki, spod których wzbijały się obłoki śniegu i my z Siostrą, wydające okrzyki radości.

Zima to płonący ogień w piecu u Babci i zaspy śnieżne na podwórku. To powieszona u Dziadków w przedpokoju grupa kotara, ciężka i ciemna, chroniąca przed ciągnącym z dworu chłodem i gorący piec kaflowy, do którego nie można się było dotknąć, tak był rozgrzany.

Zima to szemrzący cicho w pokoju w rodzinnym domu kaloryfer, wypychanie zwiniętymi w kulkę gazetami przemoczonych kozaków i pieczenie z Mamunią kruchych ciasteczek “przez maszynkę”.

Wreszcie studencka szczecińska zima, w czarnych kozakach na wysokich obcasach, długim czarnym płaszczu i przerzuconym przez ramię długim szalu. Balansowanie na palcach, by szpilkowy obcas nie zaklinował się na drewnianej podłodze z klepek w starym tramwaju i baczenie, by powiewający nonszalancko szal nie uczynił mnie następczynią Isadory Duncan.*

Potem zaś za kilka lat zima, podczas której codziennie rano odkopywałam spod śniegu samochód i cierpliwie skrobałam oblodzone szyby. 

A teraz prawie dotarłam już do swojego domu. Sunąc butami po chodniku, wzbijam tumany śniegu i uśmiecham się do wspomnień. Dziękuję im, że towarzyszyły mi tego pięknego wieczoru na cudownym spacerze i wypuszczam je, by wróciły na gwiezdny szlak.

Na chwilę zatrzymuję się, podziwiam cichą perspektywę ulicy zwanej niegdyś Lipową, gdzie lipy śpią zimowym snem.

Uwieczniam ulubioną ulicę na zdjęciu, chowam telefon do kieszeni i już za chwilę otrząsam się ze śniegu w przedpokoju mieszkania.

Po spacerze usiadłam pod kocem z gorącą herbatą i chrupiąc bardzo niezdrowe słone paluszki, obejrzałam jeden z odcinków “Policjantów z Miami”, którego zakończenie zawsze powoduje u mnie dreszcz i łzy wzruszenia, gdy słyszę “Brothers In Arms” Dire Straits. Słowa tej piosenki są tak idealnie dopasowane do rozgrywającej się na ekranie sceny. Braterstwo i solidarność z partnerem ze służby do samego końca. Mimo wszystko…

Śnieżna opowieść dobiegła końca. 

Zdążyłam ją spisać, zanim rozpłynęła się w nicości, jak śnieg, który nazajutrz zniknął z okolicy.

Katisha

*Isadora Duncan zginęła tragicznie podczas przejażdżki samochodem. Szal, którym była owinięta zaplątał się w szprychy koła i spowodował śmierć tancerki poprzez uduszenie.

Related Post

8 Replies to “Śnieżna opowieść”

  1. Kasiu, wcale nie zniknęła. Zostanie w Twojej pamięci. Prdzynajmniej na trochę, a może dłużej, skoro uchwycona w kadrze aparatu? Piękna zimowa opowieść, taka nastrojowa – i mnie przypomniała te mroźne, śnieżne zimy z dzieciństwa. Ale zadziwiłaś mnie zdaniem “na drewnianej podłodze z klepek w starym tramwaju”. Pamiętasz takie tramwaje?

    1. Mag, dziękuję za komentarz. Pytasz o tramwaje – tak, na pierwszym roku studiów (1992) pamiętam, jak po Szczecinie jeździły takie. Pojedynczy reflektor z przodu i podłoga z klepek. Ponieważ wtedy nosiłam wysokie obcasy, zawsze nie w smak mi było, gdy na przystanek podjeżdżał taki stary tramwaj i trzeba było balansować na palcach, jadąc z jednego końca miasta na drugi 😉 A teraz chętnie bym taki tramwajem się przejechała…

  2. U mnie tymczasem śnieg się mocno trzyma rękami i nogami. Chyba czuje jak bardzo go nie lubię i ruszyć się z miejsca nie zamierza. Niby odwilż, ale tylko część śniegu odeszła, reszta trwa i czeka na lepsze czasy.
    Gdybym miała nazwać siebie od pory roku, chyba nazwałabym się Spring, choć angielska nazwa brzmi jak wędka stara porzucona w kącie i zakurzona. Wolę polską wiosnę. Może bym się nazwała Wiosenna albo Kwiecista.
    Jednak Twoje nazwisko lepiej brzmi po angielsku niż po polsku. I dobrze, że razem ze śniegiem spływa na Ciebie radość, że nie tak jak u mnie złość, potem niecierpliwość, kiedy wreszcie to się skończy, a przecież się skończy, bo wszystko kiedyś mija.

    1. Anna Wiosenna – tak byłoby ładnie. Jeśli z cudzoziemska, to Anna Primavera (włoski) albo Anna Tavaszi (węgierski). Ja właściwie powinnam się nazwać “Winter”, ale spodobało mi się bardziej nazwisko z książki Gardnera “Winters” i tak zostało. Choć teraz chyba musiałabym zmienić na “Letnia” albo “Summers” 😉 Rozbawiłaś mnie tym porównaniem “spring” do wędki – zobaczyłam ją w wyobraźni w tym kącie. Uśmiałam się serdecznie.
      Dzisiaj nie ma u nas już nawet wspomnienia po zimie. Sucho, na ulicach hula wiosenny wiatr, jest ciepło. A ja się cieszę, że dnie coraz dłuższe i ani się nie obejrzymy, będzie wiosna! Uściski, Aniu Wiosenna!

    1. Dziękuję! Aż by się marzyło więcej takich chwil, ale skoro są tak nieliczne, stają się przez to nieprzeciętne i cenne.

  3. …. ja jeszcze pamiętam Twoje pocztówki z Zakopanego przesyłane w ferie zimowe.
    Piękne te zimy.
    Serdeczności i uściski

    1. Tak, pocztówki i listy z ferii i wakacji, i jeszcze te na sznurku za oknem… Wspomnienia są piękne! Buziaczki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *